Od zawsze nie podobało mi się to jak zbudowany jest system edukacji, o czym mogliście się przekonać czytając ten wpis. Podskórnie czułem, że to jak wygląda szkoła jest mocno nie tak - że to jest "Matrix", którego budowa mocno odbiega od naszych prawdziwych potrzeb.

Przechodząc do ostatniej, maturalnej klasy poczułem, że jeżeli teraz nic nie zmienię to już nigdy tego nie zrobię. Postanowiłem poszukać sposobu, który da mi choć trochę przewagi nad systemem i pozwoli się lepiej realizować. Możliwość pojawiła się w drugim tygodniu września.

Dziewczyna podesłała mi ciekawy film. w którym młoda dziewczyna, Aga Stachurska, opowiadała w nim o swoim roku na edukacji domowej. Kurczę, jak mi się wtedy spodobał ten model! Nawet nie wiedziałem, że na taką formę edukacji można przejść w liceum/technikum!

Zobaczyłem wtedy oczami wyobraźni jak ilość czasu, który mogę poświęcać na moje pasje drastycznie wzrasta. Widziałem siebie szczęśliwego, czerpiącego satysfakcję i radość z nauki i swoich pasji. Widziałem siebie u boku spełnionych nastolatków, którzy w wieku 19 lat robią ambitne projekty i zmieniają świat. Czułem, że właśnie ten świat stanie przede mną otworem.

Decyzję podjąłem szybko. Po obejrzeniu filmu korzystając z Internetu zrobiłem szybkie rozeznanie prawne w temacie i jeszcze tego samego dnia pojawiłem się u dyrekcji. Przedstawiłem wszelkie argumenty oraz proces mający towarzyszyć mojemu przejściu na edukację domową. Dyrekcja, o dziwo, zgodziła się bez przeszkód (proces trwał ponad dwa tygodnie, jednak ostatecznie przeszedłem na edukację domową).

Wyjechałem ze szkoły na rowerze i mknąc przed siebie, czułem się po prostu wolny. Odwiedziłem tego dnia w najpiękniejsze rejony Wrocławia i rozmawiając przez telefon z bliskimi osobami, dzieliłem się z nimi moim małym sukcesem... No właśnie. Sukcesem?

Przez pierwszy miesiąc było super. Poświęciłem czas na zaplanowanie mojej ścieżki edukacji, mogłem realizować projekty, które mi się podobają, zacząłem kręcić vlogi i rozglądałem się za projektami w które mógłbym się zaangażować. Długo nie musiałem czekać. Myślałem, że zapowiada się naprawdę dobry czas w moim życiu.

Jednak wtedy zaczęły się schody. Obudziłem się pewnego dnia i nagle dojmujący stres chwycił mnie za gardło. Był prawie koniec października a ja zdałem sobie sprawę, że od początku roku poświęciłem na naukę najwyżej 10 godzin. Czułem, że jak tak dalej pójdzie to po prostu w życiu nie zdam matury. Ciężko było mi się zebrać do nauki w domu, bo wciąż wiele rzeczy mnie rozpraszało i odciągało moją uwagę. W drugim miesiącu zacząłem mieć kłopoty ze wczesnym wstawaniem i nieraz budziłem się o 10:30/11.

Przez dłuższy czas czułem się naprawdę rozbity. Ciężko było mi się pozbierać i przestało mnie cieszyć to, że mogę realizować naprawdę fajne projekty. Niezależnie od tego co robiłem, czułem jak ten dogłębny stres czai się gdzieś z tyłu mojej głowy. Moja motywacja malała.

Postanowiłem wrócić do szkoły. W ramach edukacji domowej nadal przysługiwało mi prawo uczęszczania na lekcje, jednak bardziej na zasadach studenta - nie mam sprawdzanej obecności i jestem oceniany tylko za efekty - podczas podsumowującego cały rok egzaminu z każdego przedmiotu. Wróciłem na lekcje i wtedy poznałem kolejną prawdę o sobie.

Nigdy tak naprawdę nie byłem systematyczny. Od początku podstawówki praktycznie się nie uczyłem sam dla siebie, nie odrabiałem zadań domowych etc. Miałem jednak wysokie wyniki z testów gimnazjalnych i udawało mi się z nawet dobrymi wynikami przeskakiwać z klasy do klasy. Działo się to z jednej przyczyny - umiałem dobrze łączyć fakty, dużo wyciągałem z lekcji i miałem dużo szczęścia. Jednak nigdy tak naprawdę się nie uczyłem sam dla siebie i teraz czułem tego braki - nie umiałem rozwiązać prostych zadań matematycznych a treść większości lektur była mi obca, bo ich po prostu nie przeczytałem. Mimo tego, że czułem się przybity, postanowiłem zawalczyć.

Jeżeli teraz spodziewacie się happy-endu to jeszcze nie nastąpił. Jest koniec grudnia. Moja walka dopiero się zaczęła, a na początku maja czeka mnie matura. Owszem, nie będzie to koniec świata jak napiszę słabo (lub w ostateczności nie zdam matematyki), ale dla mnie osobiście byłby to wielki wstyd. Chcę zawalczyć nie tylko o dobre wyniki, ale przede wszystkim o dobre imię.

Dlaczego jednak to wszystko piszę?

Dzisiejszy świat mówi nam, że sukces przychodzi łatwo. Jeśli coś chcesz, to możesz to zrobić. Dookoła nas jest mnóstwo historii sukcesu coraz to młodszych ludzi. Ja sam wciąż pochłaniam takie historie i bardzo mnie one inspirują. Nauczyłem się jednak jednej rzeczy...

Sukces przychodzi małymi krokami. Jeżeli nie będzie wymagał wyrzeczeń i poświęcenia to będzie tylko ułudą sukcesu. Spójrzcie na przykład "Kevina samego w domu" i "Hannah Montanę" - sukces spotkał ich tak młodo, a teraz jak wyglądają?

macaulay-culkin

„Pracuj, aby się stawać, nie aby zdobywać.” powiedział Elbert Hubbard. Gdybym miał sparafrazować słowa tego amerykańskiego pisarza powiedziałbym, że sukces to nie jest to, co osiągamy, ale kim się stajemy. Przede wszystkim kształtuje nasz charakter poprzez ilość porażek, które ponosi się po drodze.

Choć myślałem, że mogę bez przeszkód sprostać wyzwaniu jakim jest edukacja domowa to okazało się, że muszę się zmierzyć z najtrudniejszym wrogiem - z samym sobą. To wymagało ode mnie wielu wyrzeczeń i powrotu do rzeczywistości, która nie jest wcale beztroska - wymaga wstawania rano, późnego chodzenia do łóżka, większej ilości ciężkiej pracy i pośpiechu. Ale to jest prawdziwa rzeczywistość i zmierzenie się z nią może przynieść realne efekty.

Czy żałuję?

Nie. Znając mój charakter, zrobiłbym to samo jeszcze raz. Żałuję tylko tego, że nie wziąłem na poważnie ostrzeżeń moich bliskich, którzy wtedy uświadamiali mnie, że mnóstwo pracy przede mną. Nie żałuję jednak dlatego, że była to dla mnie jedna z największych dotychczas lekcji życia. Cieszę się, że mogłem przejść przez tą sytuację, wyciągnąć wnioski i na nowo docenić życie jakie mam - życie w którym nie zawsze wszystko się udaje, ale które jest po prostu ekscytujące.

Dzielę się z Wami tą historią bo wiem, że wielu ludzi w moim wieku wpada w pułapkę łatwego sukcesu. Ja naiwnie jej uległem myśląc, że dam radę w pojedynkę i że "wszystko przecież będzie ok", "nie takie rzeczy się już robiło". Nie chcę abyście musieli powtarzać mój błąd - niezależnie od tego, czy jesteście teraz w szkole, na studiach czy już pracujecie. Proszę Was więc tylko o jedną rzecz. Zadajcie sobie dzisiaj te 3 pytania:

  • Czy z założenie przyjmuję sukces swoich przedsięwzięć?
  • Jaki masz plan B, kiedy plan A się nie powiedzie?
  • Czy jesteś świadomy tego, że Twój cel (niezależnie od tego jaki by był) będzie wymagał od Ciebie wiele poświęcenia?

Dziękuję Wam, że poświęciliście chwilę na przeczytanie mojej historii. Chcę życzyć Wam na koniec niełatwych sukcesów - one po prostu przynoszą więcej satysfakcji.