Zaczynam nowy cykl rozmów o chrześcijaństwie z innej strony. Będę rozmawiał z inspirującymi ludźmi, którzy pokazują, że można iść drogą Jezusa i żyć pełnią życia.

Moim pierwszym rozmówcą jest Szymon Kruba - pastor i założyciel Kościoła Dom, dyrektor Duszpasterstwa Akademickiego Petra. Z wykształcenia prawnik, zarządzający dwoma firmami z branży motoryzacyjnej. Bardzo inspirujący człowiek oddany Bogu.

Z Szymonem spotkaliśmy się na kawie. Z głośników sączyła się delikatna muzyka, dookoła nas wybrzmiewał gwar rozmów i stukot filiżanek. Rozsiedliśmy się wygodnie na dwóch fotelach, ale jeden obok nas stał pusty. Chciałbym więc, abyś mógł się dosiąść do naszego stolika na 30 minut (tyle zajmie Ci przeczytanie tej rozmowy). Znaleźć chwilę w ciągu dnia i się skupić.

Gwarantuję Ci, że warto - ta rozmowa może zmienić Twoje postrzeganie kościoła i chrześcijaństwa w ogóle. Może Cię zainspirować do pójścia drogą Jezusa lub zastanowienia się nad tym, czy w Twojej karierze zawodowej/biznesie bierzesz pod uwagę takie wartości jak transparentność czy integralność. Jeśli więc możesz, poświęć chwilę. Nie będzie ona stracona.

Jędrzej Rayski: Byłem u Was w tą niedzielę i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Ludzie byli otwarci i uśmiechnięci, kazanie było motywujące i konkretne a ja, jako człowiek, który był dopiero drugi raz, czułem się jak w domu. Skąd to wszystko?

Szymon Kruba: Dzięki, miło to słyszeć. Wiesz, w czasach Chrystusa to było naturalne. Apostołowie spożywali razem posiłki, rozmawiali, modlili się, śpiewali. Spędzali ze sobą jak najwięcej czasu i przez to budowali siebie i społeczność. Myślę, właśnie o to chodzi - aby zrozumieć, że kościół nie jest jakimś budynkiem, ale jest eklezją - czyli społecznością. Generalnie ludzie zapomnieli, że kościół jest eklezją. Kiedy rozmyślałem, jaki chciałbym budować kościół to przede wszystkim szukałem inspiracji w Biblii. Sam też wyrosłem w kościele bardzo relacyjnym - w undergroundowym kościele domowym. Wspólnie spożywaliśmy posiłki,  ludzie się znali i pomagali sobie, spędzali ze sobą czas. Po przyjeździe do Warszawy zderzyłem się z czymś zupełnie innym. Z dużo większą skalą kościoła, ale też z zupełnie innym jego obliczem, większą anonimowością i pasywnością uczestników spotkań. Jak czytasz  Dzieje Apostolskie to pierwsze kościoły miały po kilka tysięcy osób i były bardzo relacyjne pomimo swojej wielkości - ludzie spotykali się po domach, na wspólnych posiłkach i wspólnie spędzali czas. Przez to też ten kościół był żywym kościołem, a nie tylko instytucją w której są zajęcia organizowane w niedzielę.

J: I mógł wywierać realny wpływ.

Sz: Tak, dokładnie tak - wpływ wywierasz przez świadectwo swojego życia. Co z tego, że jestem w kościele w niedzielę, jak wszyscy moi znajomi nie widzą mnie w niedzielę. Wszyscy moi znajomi widzą mnie przez cały tydzień - w pracy lub na uczelni. W każdym miejscu gdzie jestem wśród ludzi tam na nich oddziałuję. Jakość mojego życia czyli wartości według których żyję; mój sposób zachowania i reagowania w różnych sytuacjach - to jest największe świadectwo i prawdziwa ewangelizacja.

Pomysł z założeniem kościoła to nie jest coś, co urodziło się w mojej głowie w ciągu kilku miesięcy. To było dobre kilka lat. Wyraźnie czułem, że Bóg mnie do tego powołuje. Za każdym razem kiedy odkładałem to, bo nie chciało mi się tego robić, wtedy to do mnie jeszcze intensywniej wracało. Było to jak kamień w bucie który uwiera tym mocniej im dalej i dłużej idziesz. Widziałem potrzebę, potrzebę miejsca do którego bez skrępowania zaprosimy naszych znajomych. Miejsca z którego będziemy dumni. Miejsca, które będzie rzeczywiście taką przestrzenią, gdzie odkrywamy swoje talenty, odkrywamy swoje powołania, odkrywamy dary Ducha Świętego. Gdzie rzeczy ponadnaturalne są normalne. Gdzie każdy bez skrępowania mówi o tych rzeczach i o swojej relacji z Bogiem. Gdzie tak naprawdę moją relacją z Bogiem chcę się dzielić z innymi i jestem z niej dumny.

Jestem dumny ze swojej społeczności. Jestem dumny, że mogę tam w niedzielę pójść. Jestem dumny i wrzucam zdjęcia na Facebooka czy na Instagrama z naszych spotkań i z naszych wyjść. To nie jest coś co chowam głęboko i co jest bardzo intymne, ale wręcz przeciwnie - moja sfera duchowości jest jak najbardziej sferą publiczną. Przez to też zachęcam innych do tego i często jak z kimś rozmawiam, to słyszę takie słowa: „Ja znałem zupełnie innego Boga - dla mnie kościół kojarzy się z czymś smutnym, z jakimś obowiązkiem, z jakąś uciążliwością. U Ciebie widzę, że jest to coś radosnego, coś co daje Ci siłę do życia."

12916846_594071037423514_3030539836955762729_o

Źródło: Dziennik Nowego, fot. Julia Pietrzak

Zarówno mi jak i mojej żonie Magdzie, znajomi z pracy sami zadają pytania - ja nie muszę ich w ogóle „ewangelizować” i przekonywać, chodzić za nimi z Biblią. To oni wychodzą z inicjatywą zadając  proste pytanie - „słuchaj, widziałem coś tam na fejsie, w ogóle o co chodzi z tym kościołem? Ale fajne zdjęcia! A jak to wygląda?” Ja tylko tak naprawdę odpowiadam na ich pytania i to jest naturalne. To, co robię zaciekawia innych i jest na tyle interesujące, na tyle inne, że wzbudza jakąś refleksję u ludzi i zaczynają się pytać. Dochodzi do tego, że wchodzimy na głębokie tematy i zapraszamy ich. Nasi znajomi przychodzą i czują się dobrze, jak zresztą sami o tym mówią.

Zamysłem było stworzenie atmosfery bardzo otwartego miejsca na wszystkim możliwych płaszczyznach. Budujemy przestrzeń, gdzie zanim człowiek wejdzie na nabożeństwo już jest na nabożeństwie. Już jest częścią tej eklezji, już jest budowana relacja. Organizujemy wspólne śniadania przed nabożeństwem. Naturalnym jest, że dużo łatwiej jest nawiązać rozmowę kiedy sobie popijasz kawę, herbatę i coś przegryzasz. Często na początku padają pytania - „a dlaczego tak to wygląda?”. Nasz gość ma pół godziny na to, aby się oswoić i żebyśmy mu wiele rzeczy wytłumaczyli. Później wchodzi na nabożeństwo, które też jest prowadzone w bardzo przemyślany sposób, bo każdy jego element jest nastawiony na nową osobę - aby było to dla niej zrozumiałe, aby zawsze był element chrystocentryczny, który wskazuje na Jezusa, na wolność, akceptację i wszystko to co mamy w Jego krzyżu.

Tłumaczymy wszystkie rzeczy, które robimy - że teraz  będziemy się modlić, a teraz będziemy śpiewać i dlaczego robimy uwielbienie, dlaczego robimy zrzutkę na nasze potrzeby. Nawet słownictwo specjalnie dobieramy - odchodzimy od nomenklatury kościelnej - „zrobimy teraz kolektę”. Co to znaczy kolekta? <śmiech>. Robimy ZRZUTĘ na nasze potrzeby. Dlaczego się zrzucamy? Ile damy, tak będzie syto na wspólnym stole. 

Staramy się jak najbardziej uprościć to wszystko i zrobić przyjaznym dla osoby, która przyjdzie po raz pierwszy. Zdajemy sobie sprawę, że każdy gość, który pojawi się w takim miejscu jest bardzo cenny. Poza tym, to mogło być dla niego duże wyzwanie - musiał pokonać jakiś strach, jakieś swoje uprzedzenia i przyjść do zupełnie nowego środowiska, nowej społeczności. Może narazić się swojego środowiska na krytyczne uwagi, więc tym bardziej taka osoba potrzebuje opieki, zainteresowania i atencji. Chcemy, żeby ta przestrzeń była taką przestrzenią, gdzie akceptujemy ludzi takimi, jakimi są.

Przez 3 lata, prowadząc kościół widzę, że to daje bardzo konkretne owoce. To, że nie wrzucamy od razu ludziom w twarz prawdy o stanie w którym są, nie próbujemy ich zmieniać na siłę, nie próbujemy bić ich Biblią po głowie. Nie mówimy im: „Ty jesteś w nałogu i powinieneś się już teraz, natychmiast zmienić”. Po prostu otaczamy ich opieką takimi, jakimi są - z ich problemami, z ich nałogami, z ich grzechami. Dajemy przestrzeń dla Ducha Świętego, aby On w nich działał. My ich otaczamy miłością. Ci ludzie sami do nas mówią: „Jestem samotną matką, która przyszła do Was w zaawansowanej ciąży i nikt mnie nie odrzucił, nikt nie zaczął mi zadawać pytań, nie patrzył na mnie krzywo, tylko każdy po prostu traktował mnie normalnie - tak, jak część tej społeczności.”

1

Fot. Dagmara Szturc

Pragniemy robić to tak jak Jezus, pozwalamy i zachęcamy aby przynależeli do naszej społeczności zanim jeszcze uwierzą. Jezus pozwalał ludziom przynależeć do swojego otoczenia. Być z nim, zanim w ogóle go dobrze poznali. Zanim zrozumieli prawdę, oni już stawali się jego przyjaciółmi. On był przyjacielem grzeszników i my chcemy być przyjaciółmi grzeszników. Z jednej strony nie wytykamy ludziom ich błędów, a z drugiej strony nie relatywizujemy prawdy o Jezusie o grzechu i upamiętaniu. Na naszych kazaniach szczegółowo omawiamy prawdy biblijne i nawołujemy do życia pełnego uświęcenia i mocy dając bardzo praktyczne wskazówki. Robimy wszystko aby nie rozmywać prawdy, ale to prawdę bardzo konkretnie głosić.

Bardzo dużo kazań mówimy na temat ciągłej pracy nad sobą. Podkreślamy, że to jest ciągły proces. Wskazujemy, że każdy z nas musi wziąć osobiście odpowiedzialność za ten proces. My jako kościół nie mamy absolutnie ambicji brania odpowiedzialności za ludzi - nie bierzemy odpowiedzialności za życie ludzkie. Każdy człowiek jest wolny i to on bierze odpowiedzialność za swoje życie. My dajemy mu tylko narzędzia i  prezentujemy mu prawdę. My chętnie będziemy go uczyć - zaprosimy go na spotkania domowe, które są narzędziem do wzrostu; zorganizujemy różne inicjatywy, które pozwolą mu się zaangażować i wykorzystać jego potencjał  jaki ma w sobie. Może rozwinąć się na płaszczyźnie społecznej, na płaszczyźnie duchowej, może rozwinąć nawet swoje zdolności na płaszczyźnie zawodowej, ale to od niego zależy czy to wykorzysta, czy nie.

J: Zastanawia mnie, skąd w Tobie ta wizja powstała i jak to się stało, że jest ona tak zdrowa i biblijna. Dlatego może wróćmy do korzeni. Gdybyś mógł opowiedzieć trochę więcej o tym, jak zaczęła się Twoja przygoda z Bogiem, w jakim świecie dorastałeś? Skąd się wzięła w Tobie taka wizja? 

Sz: Tak naprawdę wpłynęły to lata bycia w kościele od dzieciństwa jak również lata świadomej służby w kościele. Wychowałem się w konserwatywnej rodzinie protestanckiej. Mój Dziadek z którym miałem bardzo bliską przyjacielska relację przez wiele lat prowadził kościół domowy, a były to niełatwe czasy komunizmu. Od kilkunastu lat mój Tata jest pastorem i kontynuuje dzieło Dziadka. Tak więc od kiedy pamiętam zawsze byłem w kościele i zawsze byłem częścią kościoła. Obserwowałem jak moi rodzice, czy jak mój dziadek, prowadzili kościół. Widziałem wszystkie problemy z tym związane, wszystkie wyzwania. Wychowałem się w bardzo relacyjnym kościele i zawsze była we mnie taka chęć służenia dla Boga, dla innych - to jest moje duchowe DNA.

Po przyjeździe tu do Warszawy od samego początku zacząłem pracę. W międzyczasie robiłem studia prawnicze. Świadomie poszedłem za Bogiem w wieku 24 lat. Wcześniej było w moim życiu sporo buntu, trochę zachłyśnięcia się życiem w dużym mieście a na pewno bardzo dużo nominalnego niedzielnego chrześcijaństwa. Ale to właśnie relacje z rówieśnikami z grupy studenckiej Petra, dodały mi siły aby radykalnie pójść za Bogiem. Tam też stawiałem pierwsze kroki w służbie, zaczynając od prostych czynności jak rozstawianie krzeseł czy wyświetlanie piosenek a kończąc na byciu Liderem. Współtworzyłem służbę studencką Petra, następnie zostałem starszym zboru w Kościele Zielonoświątkowym na Siennej. Od wielu lat aż do tej pory jestem dyrektorem krajowym  Duszpasterstwa Akademickiego Petra  Polska w Kościele Zielonoświątkowym . Jako Petra prowadziliśmy 120 osobową grupę studentów, która funkcjonowała praktycznie jak kościół - mieliśmy nabożeństwa, funkcjonowały grupy domowe, powoływaliśmy liderów i musieliśmy tym wszystkim zarządzać i być dla nich duszpasterzami. To było miejsce gdzie mogłem się po prostu uczyć. Dzisiaj patrząc z perspektywy czasu wiem że Bóg nieprzypadkowo pozwolił mi przechodzić różne etapy w moim duchowym życiu i służbie, przygotowując mnie do kolejnych odpowiedzialności.

W pewnym momencie, kiedy przekazałem moim następcom służbę studencką, doszedłem do wniosku, że szkoda marnować ten potencjał, który mam, tą wiedzę, którą zdobyłem, ale też ludzi, których mam wokół siebie. Znaleźliśmy się w takim zwrotnym punkcie swojego życia, że musieliśmy podjąć decyzję co dalej – nie wyobrażałem sobie wraz z Żona życia bez dzielenia się tym co Bóg nam dał z innym, życia „niedzielnym chrześcijaństwem”  Długo myślałem o tym, jak powinien wyglądać kościół w tych czasach, na jakie potrzeby powinien odpowiadać, w jaki sposób powinien docierać do ludzi, żeby był zrozumiały i relewantny, Zadawaliśmy sobie pytanie: jak chciałbym aby wyglądał kościół moich marzeń? Ponad 2 lata zapisywałem sobie te marzenia, przemyślenia. Następnie podzieliłem się tym z moją żoną, podzieliłem się tym z moimi najbliższymi przyjaciółmi i cały czas czułem, że Bóg powołuje mnie do tego, żebym założył taki kościół o jakim zawsze marzyłem.

Zawodowo jestem człowiekiem spełnionym, prowadząc dwie firmy i kilka różnych projektów nie narzekam na brak zajęć, i racjonalnie myśląc, zakładanie kościoła i kościelne odpowiedzialności z tym związane to ostatnia rzecz którą powinienem brać pod uwagę. Ale czułem wyraźnie, że Bóg chce abyśmy to zrobili. Więc przez te lata spisywałem te rzeczy, czytałem historie ludzi, którzy założyli takie kościoły, rozmawiałem dużo z ludźmi i szukałem inspiracji, jeżdżąc po różnych miejscach w Polsce. Ponad 4 lata temu podjąłem wraz z żoną decyzję, że zakładamy kościół. Cieszę się bardzo, że to była nasza wspólna decyzja i ąe Magda zawsze we wszystkim mnie wspiera, dopinguje i zachęca. To niesamowicie ważne, że budujemy Kościół DOM jako małżeństwo! Następnie porozmawiałem o tym pomyśle z moim pastorem. Start kościoła warunkowałem jego błogosławieństwem, nie chciałem absolutnie wychodzić jako buntownik, rozłamowiec. Wręcz przeciwnie - zależało mi na tym, żeby to było wszystko fair. Wiedziałem, że do takiej duchowej walki potrzebuję błogosławieństwa - że ono determinuje nasz duchowy sukces. Pastor był jak najbardziej za.

Zebrałem wokół siebie grupkę ludzi (koło 20 osób), którym przedstawiłem bardzo szczegółową wizję jak ma wyglądać to miejsce - jakie ma mieć wartości, jakie DNA, jakie narzędzia będziemy używali. To była bardzo szczegółowa, wręcz drobiazgowa, wizja - opowiadałem o wszystkim, łącznie z tym jak będą wyglądały nabożeństwa, jakie piosenki będziemy śpiewali, jak będziemy ewangelizować. Znaleźliśmy miejsce na Ursynowie. W międzyczasie ponad pół roku wspólnie zbieraliśmy fundusze na start. Nasiąkaliśmy wizją. Mieliśmy regularne spotkania, gdzie omawialiśmy sobie wszystkie elementy tej wizji… I wystartowaliśmy.

2

Fot. Dagmara Szturc

Dzisiaj po 3 latach mogę powiedzieć, że kościół jest dokładnie taki, jak sobie wymarzyliśmy. Oczywiście jesteśmy cały czas gotowi na to, żeby wprowadzać zmiany, żeby się reformować i żeby się dostosowywać z różnymi naszymi narzędziami. Coś, co nie działa, tego dalej z uporem maniaka nie ciągniemy. Widzimy, że ta wizja, którą Bóg nam dał kilka lat temu, przynosi bardzo konkretne owoce. Praktycznie co kwartał mamy chrzest. Ochrzciliśmy w ciągu tych 3 lat ponad 25 osób. Kolejne osoby już są w kolejce do chrztu. Widzimy osoby, które po raz pierwszy weszły do takiego środowiska, które po raz pierwszy usłyszały o Jezusie, stały się wierzącymi osobami, i ciągle są w procesie przemiany i rozwoju. Takich przemienionych osób jest bardzo dużo w naszym kościele. To jest dla nas nagroda, ale też potwierdzenie tego, że idziemy w dobrym kierunku.

W tej chwili stoimy przed wyzwaniem zmiany miejsca, bo miejsce w którym jesteśmy już jest dla nas po prostu za małe. Szukamy i pewnie w najbliższych miesiącach przeprowadzimy się do dużo większej powierzchni. Widzimy Bożą opiekę nad tym wszystkim, widzimy Boże prowadzenie. To wymaga olbrzymiej pracy, wiele czasu i poświęcenia, ale warto.

J: Jakie są Wasze dalsze marzenia, plany? Jaki potencjał widzicie w Kościele Dom i w którą stronę chcielibyście go rozwijać?

Sz: Widzę olbrzymi potencjał w tej społeczności. Widzę ludzi, którzy mają bardzo dużo różnych talentów i chętnie się dzielą tymi talentami. Taka długofalowa wizja rozwoju tej społeczności to jest nic innego, jak jeszcze bardziej dzielenie się tym, co mamy. Dlatego chcemy, aby kolejne miejsce było takim centrum inicjatyw społecznych, żeby maksymalnie oddziaływać na lokalną społeczność. Chcemy być lokalnym kościołem, który oddziaływuje na lokalną społeczność. W tym centrum inicjatyw społecznych niedzielne nabożeństwo będzie tylko jedna z wielu aktywności. Chcemy po prostu ludzi kochać. Dawać im siebie, dzielić się tym, co mamy i pokazywać im Jezusa przez naszą miłość do nich.

Mamy wśród nas np. prawników, grafików, informatyków, ludzi, którzy prowadzą swoje biznesy. Nieprzypadkowo o tym mówię, bo to są wszystko ludzie, którzy mogą wpływać na innych ludzi i którzy mogą dzielić się swoim doświadczeniem. Na przykład: nasze Mamy mogą dzielić się swoim doświadczeniem w opiece nad dziećmi. Organizujemy spotkania takie jak „Mamy czas”, właśnie dla mam z Ursynowa. Prawnicy prowadzą poradnię prawną. Osoby, które są uznanymi fotografami prowadzą warsztaty fotograficzne. Chcemy, aby w tym nowym miejscu była taka przestrzeń kawiarniano-coworkingowa, żeby skupiać ludzi, żeby stworzyć im przestrzeń, żeby przychodzili do nas. Żeby po prostu spędzali z nami czas. Żeby nasiąkali tą atmosferą „domu”, atmosferą rodziny, akceptacji, miłości.

Myślimy też o tym, aby organizować zajęcia dla seniorów, zajęcia dla dzieci, korepetycje - mamy masę tych pomysłów. Jednym słowem - to co mamy w ręku chcemy, aby Bóg wziął i użył na swoją chwałę. Aby służyć i dzielić się tym z lokalną społecznością. Chcemy, żeby był to taki spichlerz do którego przychodzą ludzie z okolicy i biorą. Dzielimy się po prostu sobą i tego chcemy ciągle uczyć ludzi wyzbywania się egoizmu i napełniania się Jezusem. Wyzbywania się swoich egoistycznych dążeń a uczenia się dzielenia z innymi tym, co mamy. Dzielenia się taką prostą Ewangelią. Ta Ewangelia nie jest skomplikowana, ona jest bardzo prosta i najłatwiej dociera do ludzi nie poprzez super-wysublimowane, teologiczne kazania, ale poprzez prostą mową (o której mówił ap.Paweł) i czyny, które to potwierdzają. Jeżeli kochamy drugiego człowieka, pokazujemy to w czynach. Jeżeli jesteśmy zainteresowani, tak jak Jezus, drugim człowiekiem to RZECZYWIŚCIE jesteśmy zainteresowani - poświęcamy swoje talenty, poświęcamy swój czas, poświęcamy swoje materialne dobra i robimy to ze względu na Jezusa - ze względu na to, że On dużo wcześniej nas we wszystko zaopatrzył i nas ukochał.

Ja mam takie marzenie, aby w długofalowym horyzoncie czasowym powstawały kolejne takie społeczności - kolejny Domy w różnych dzielnicach Warszawy, może też w innych miastach. Wiem, że jest taka potrzeba tworzenia zdrowych społeczności, zdrowych kościołów, które mają właściwe zdrowe nauczanie, ale są też odpowiednio prowadzone, tworzą taką atmosferę, która przyciąga ludzi. Chcemy być takim lepem, który przyciąga ludzi. Miejscem, do którego ludzie się przylepiają <śmiech>. Taka jest długofalowa wizja.

J: Zastanawia mnie skąd w Was taka wizja aktywizacji członków poprzez ich pasje? Szczerze mówiąc, nie w każdym kościele spotykamy sytuację, gdzie każdy członek kościoła może naprawdę tworzyć kościół do którego należy. Czym się inspirowaliście, aby pójść akurat w tą stronę, jeżeli chodzi o rozwój kościoła? 

Sz: Na pewno są to pewne obserwacje, na pewno lektura Biblii. Od samego początku chcieliśmy tworzyć kościół, który będzie zaprzeczeniem idei niedzielnego chrześcijaństwa. Kościół to nie jest restauracja do której przychodzisz, najadasz się i wychodzisz, rzucając coś na tacę, ale wręcz przeciwnie - kościół to jest eklezja, czyli społeczność ludzi kochających Boga. Kochających Boga i kochających siebie nawzajem, więc jest to społeczność ludzi, którzy wzajemnie sobie usługują - taki jest biblijny model kościoła.

Dla mnie w kościele nie ma czegoś takiego jak bezrobocie - każdy na każdy etapie swojej relacji z Bogiem, na każdym etapie relacji ze społecznością, jest w stanie i powinien dać coś od siebie. To błogosławi tą społeczność i tą osobę. On poprzez dawanie i usługiwanie staje się de facto członkiem tej społeczności, nie tylko zajmując miejsce w ławce, ale po prostu dokładając swoją cegiełkę i budując tą społeczność. Bardzo wyraźnie czytamy w Biblii o tym, że jesteśmy ciałem Chrystusa, jesteśmy członkami ciała i w ciele KAŻDY członek ma swoją funkcję. W tym obrazie kościoła jako ciała, który przedstawia Paweł, każdy z członków pełni jakąś funkcję - jeden bardziej zaszczytną, drugi mniej zaszczytną, ale tak naprawdę całe ciało potrzebuje jakiegoś z członków. Jeżeli brakuje któregoś z członków to ciało cierpi. Również członek, który pozostaje poza ciałem staje się martwy i obumiera. Nie może funkcjonować bez lokalnego kościoła. Człowiek nie może funkcjonować tylko w relacji z Bogiem, ale człowiek funkcjonuje w dwóch relacjach - z Bogiem i z kościołem. To jest ta prawdziwa, pełna i biblijna relacja do której Biblia nas ciągle zachęca - żebyśmy byli członkami ciała Chrystusa, żebyśmy sobie nawzajem usługiwali, żebyśmy stawali się tak, jak Chrystus sługami. Dlatego cała wizja kościoła jest oparta na tym modelu - usługiwania sobie nawzajem.

Cały czas podkreślam to w kazaniach, że w życiu chrześcijanina nie ma sfery sacrum i profanum. W życiu kościoła nie ma sfery sacrum i profanum.  Jeżeli jesteśmy święci to wszystko co robimy jest uświęcone i każda nasza czynność jest święta. Niezależnie od tego, czy parzysz kawę, czy sprzątasz, czy nagłaśniasz, czy śpiewasz na scenie, czy głosisz kazanie - dla Boga to ma identyczną wartość. To jest tak samo święte i tak samo ważne jeżeli chodzi o wymiar ewangelizacyjny. Co z tego, że ja powiem piękne, bardzo ewangelizacyjne kazanie, jeżeli reszta ciała Chrystusa, reszta tego kościoła, nie zajmie się tym gościem, który przyjdzie po raz pierwszy - nie uśmiechnie się do niego, nie poda mu ręki, nie poda mu kawy i nie przyniesie czegoś na wspólny stół. To musi być siła synergii wszystkich działań, które są tak samo ważne i święte i mają ten sam wymiar duchowy.

Każdy z nas na swojej drodze z Bogiem bierze na siebie inną odpowiedzialność. Oczywiście, inną odpowiedzialność ma człowiek, który głosi i nie wpuścimy za kazalnicę przypadkowej osoby. Z prostego względu - dbamy o bezpieczeństwo duchowe całej wspólnoty. Ale już do parzenia kawy wpuszczę osobę, która przyszła po raz pierwszy. Dlaczego nie? Dlaczego ona nie mogłaby przynależeć do nas zanim uwierzy?

Mamy wiele takich historii, gdzie ludzie zaczęli chodzić i w ogóle nie byli nawet zainteresowani Bogiem. Może byli zainteresowani spędzaniem z nami czasu, fajnymi koleżankami i dobrą muzyką, ale przez czas, który spędzali w tym miejscu, przez słowa, które do nich docierały i wierzymy też, że przez działalność Ducha Świętego, zrozumieli przesłanie Jezusa. W tej chwili już nie tylko przynależą, ale również wierzą. Służą i czują jego wartość.  

Zawsze jest tak, że jak się coś daje od siebie to bardziej się ceni tę wspólną inicjatywę. Jeżeli dokładasz swoją pracę, energię i czas to bardziej cenisz ten kościół. Nie przychodzisz tylko jako ten, który komentuje i ten, który ma coś negatywnego do powiedzenia. Im bardziej angażujesz się w kościół, tym mniej negatywnych rzeczy mówisz o tym kościele. Tak jak z rodziną - widzisz pewne niedociągnięcia, ale rozumiesz, że nie jesteśmy idealni i ile trzeba w to włożyć pracy, czasu i pieniędzy. Po prostu zaczynasz to szanować. Kościół staje się dla Ciebie wartością kiedy zaczynasz inwestować w niego swój czas, pracę i talenty. Dla mnie to jest biblijna zasada, ale również taka po ludzku bardzo mądra - kiedy zaczynamy się angażować w kościół i tą społeczność, tak naprawdę stajem się częścią tej społeczności. Te wszystkie inicjatywy też pomagają nam w tym, abyśmy wzrastali duchowo. Uczą nas też samodzielności, pomagania sobie nawzajem. Wówczas rozwijamy się jako ludzie. Po prostu.

J: Wspomniałeś też o tym, że prowadzisz dwie firmy i gdy zakładałeś kościół Dom, miałeś mało czasu. Dzisiaj rozumiem, że też masz mało czasu, stąd powstaje pytanie - w jaki sposób tym czasem zarządzasz, że udaje Ci się osiągnąć tyle celów, które sobie zakładasz? 

Sz: Czasu mam coraz mniej. Kiedyś łudziłem się, że tego czasu będę miał coraz więcej, ale teraz już się nie łudzę i wiem, że tego czasu jest coraz mniej. Im bardziej się rozrastają firmy, im bardziej rozrasta się kościół, tym mniej jest tego czasu. Wiem jednak, że w życiu bardzo ważne są priorytety. Jeżeli je właściwe w życiu poustawiamy to dużo łatwiej nam zarządzać czasem i okazuje się, że tego czasu wystarcza na wszystko. 

Na pewno bardzo ważną rzeczą w kościele i w firmach jest umiejętność delegowania. Im szybciej do tego dojdziemy i nauczymy się delegować umiejętnie zadania, tym szybciej pójdziemy dalej i organizacje, którymi zarządzamy (i tym bardziej kościół) będą się rozwijały. 

Fot. Dagmara Szturc

Selektywnie podchodzę do różnych aktywności. W związku z tym, że mam mało czasu po prostu muszę wybierać między rzeczami, które bardzo lubię i które jeszcze bardziej lubię. To sprawia, że jak już mam czas na swoje aktywności i przyjemności to rzeczywiście nie marnuję tego czasu. Nie oglądam telewizji, nie słucham radia, selektywnie podchodzę do treści, które wrzucam do swojej głowy. Drogę do pracy i z powrotem wykorzystuję na to, aby słuchać kazań i dobrych wykładów. Każda minuta, każde pół godziny jest dla mnie super ważne. Mam też bardzo mocno zorganizowany dzień. Mam bardzo dużo spotkań i widzę, że ten czas jest dla mnie cenny i doceniam czas.

Tego czasu tak naprawdę starcza na to wszystko. Mam też czas na to, żeby wyjść na miasto, pojeździć rowerem czy wyjechać na urlop. To się da wszystko pogodzić, ale na pewno trzeba mądrze zarządzać czasem i mądrze ustawiać priorytety i delegować zadania oraz szukać ludzi, którym można ufać i ludzi, których potencjał można uwypuklić i uświadomić im, że posiadają potencjał do wykonywania pewnych zadań. Tyle i aż tyle.

J: Opowiedziałeś już, jak się zaczęła Twoja przygoda z kościołem, natomiast dużą część Twojego życia zajmuje również biznes. Jak wobec tego zaczęła się Twoja przygoda z biznesem?

Sz: Pracuję od dobrych 16 lat. Kiedy przyjechałem na studia do Warszawy od razu zacząłem pracę. To było zawsze dla mnie naturalne. Zanim przyjechałem na studia to każdy wolny czas, każde wakacje i nawet czas po szkole wykorzystywałem na to, aby pracować dorywczo. Moją przygodę z branżą motoryzacyjną zacząłem bardzo trywialnie - od roznoszenia ulotek, od rzeczy bardzo małej. Jako, że byłem studentem prawa nie było to łatwe, tak ambicjonalnie. Prawo i roznoszenie ulotek?

Ale później okazało się, że mogłem zacząć się uczyć sprzedawać samochody. Przeszedłem tak naprawdę w salonie samochodowym wszystkie możliwe stanowiska i etapy rozwoju - od roznoszenia ulotek, przez sprzedawcę, osobę, która zarządza jakimś działem, sprzedać wszystkich możliwych produktów finansowo-ubezpieczeniowych, kredytowych aż do osoby, która zarządza takim salonem. Jako, że osoby, które były nade mną zauważyły mój potencjał i zaangażowanie, zaproponowano mi, abym założył swoją firmę i robił to na własny rachunek. Więc założyłem i to się cały czas rozwija. W międzyczasie założyłem kolejną firmę, która jest też w branży motoryzacyjnej i wspiera sprzedaż samochodów, ale też jest związana z zupełnie innym sektorem i zdobywam tam zupełnie innych klientów. W tej chwili razem z żoną prowadzimy te dwa biznesy. Moja żona Magda zarządza właśnie tą firmą, która zajmuje się remarketingiem i autodetailingiem, a ja zajmuję się sprzedażą samochodów. To też jest fajne, że mogę to robić razem z żoną i że razem z żoną możemy prowadzić kościół.

Dla mnie to jest ważne. Nie wyobrażam sobie prowadzenia kościoła sam. Dla mnie model, że tylko mężczyzna prowadzi kościół i kobieta jest gdzieś zmarginalizowana jest niebiblijny. Ja i moja żona jesteśmy jedno i razem prowadzimy kościół. Myślę, że Magda ma jeszcze więcej zadań, wyzwań i obowiązków w kościele niż ja. Razem prowadzimy też firmy i cieszę się, że mogę mieć obok siebie osobę, której ufam i z którą się doskonale rozumiem i możemy nadawać na podobnych falach. Nie wyobrażam sobie i nie podjąłbym się założenia kościoła, gdyby moja żona nie weszła ze mną w to na 100%. Taki właśnie model chciałbym promować, gdzie pastorstwo jest razem i wspólnie prowadzimy kościół.

cała ścieżka rozwoju biznesowego to jest 16 lat i trudno to streścić w kilku zdaniach. Po prostu - lata ciężkiej pracy, uczciwości, odpowiedzialności, zaangażowania na 100% i 200%, dawania dużo więcej niż oczekują tego ludzie dookoła. Solidna praca przynosi zawsze efekty i tyle.

J: A jak to, że jesteś człowiekiem wierzącym, który oddał swoje życie Chrystusowi, przekłada się na funkcjonowanie Twojego biznesu? Jak sam wspomniałeś, nie jesteśmy tylko członkami kościoła, którzy są stworzeni po to, aby przychodzić do niego, brać i potem wracać do naszego starego życia, ale nasza relacja z Bogiem powinna przejawiać się w każdym jego aspekcie.

Sz: Szczególnie, jeżeli jesteś pastorem i stajesz się osobą publiczną. Najważniejszą cechą w moim życiu stała się integralność, transparentność. Integralność myślę, że jest jedną z najważniejszych cech chrześcijanina w ogóle, szczególnie jeżeli się prowadzimy biznesy i szczególnie jeżeli się działa w branży motoryzacyjnej, która jest owiana złą sławą w Polsce.

Na pewno to co mówię musi się pokrywać z tym co robię. Nie tylko dlatego, że Bóg to widzi i sprawdza, ale ludzie, którzy są wokół mnie pierwsi będą to weryfikować. W biznesie tym bardziej jest to bardzo ważne, aby być uczciwym, transparentnym, integralnym i lojalnym - aby Twoi partnerzy biznesowi mogli na Tobie polegać, aby Twoi klienci widzieli, że oprócz tego, że prowadzisz komercyjną działalność, to jesteś osobą na której mogą polegać i której mogą zaufać. Tak naprawdę cały biznes opiera się na zaufaniu. Im bardziej będziesz wzbudzał zaufanie, tym lepiej będzie Ci ten biznes szedł - klienci będą do Ciebie wracać, polecać Cię innym swoim znajomym a Twoi partnerzy będą jeszcze bardziej rozwijali z Tobą współpracę. Myślę, że wtedy również widać, że nie jesteś jałowym chrześcijaninem, który siedzi w ławce, ale Twoje życie jest świadectwem tego, co przeżywasz z Bogiem. Dla mnie jest to bardzo ważne, dlatego że praktycznie cały mój biznes opiera się na relacjach. Nie chcę też być faryzeuszem - w niedzielę robić jedno a w tygodniu robić drugie.  

Prowadzenie biznesu jest życiem wiary. Ja, kiedy prowadzę biznes, cały czas pogłębiam swoją wiarę i uczę się, że nic nie zależy od moich umiejętności, od tego jaki będę sprytny i sobie coś wymyślę, ale wszystko zależy od tego, jak Bóg mi będzie błogosławił w tak niepewnych i niestabilnych czasach jakie są obecnie. Wszystko zależy od tego, jak bardzo zaufam Jezusowi. To też jest takie odprężające - że nie muszę się nie wiadomo jak spinać i denerwować, ale wiem, że bez względu na to co by się nie działo jestem w dobrych rękach. To też zdejmuje ze mnie sporo presji i moja wiara na pewno mocno pomaga mi w prowadzeniu biznesu. Z jednej strony daje mi oparcie i stabilność, z drugiej pozwala mi ufać Bogu i ludziom, pozwala czerpać wiele mądrości z tego co jest w Biblii. Biblia jest nieskończenie mądrym podręcznikiem biznesowym. Myślę, że prowadząc interesy i prowadząc biznes, mając obok siebie przyjaciela jakim jest Jezus Chrystus, jest to dużo łatwiejsze i prostsze. Przy czym muszę powiedzieć, że nie jest to łatwe i proste. Jest masę ciężarów, masę problemów, ale przy Nim one po prostu przestają istnieć.

J: Wspomniałeś, że mocno selektywnie podchodzisz do treści, które wrzucasz do swojej głowy. W związku z tym jakie kazania i książki poleciłbyś, zarówno ludziom wierzącym jak i ludziom biznesu?

Sz: Jeżeli chodzi o kazania, to każdy musi znaleźć swoje miejsce, swój ko  ściół - nie chciałbym tutaj niczego rekomendować. Na pewno warto skorzystać z ogólnodostępnych platform i ja zawsze będę polecał Kościół Online. Jest to rzecz bardzo dobra jakościowo, ja sam bardzo cenię sobie pastora Groeschela, ale też innych pastorów. Warto po prostu szukać dobrych rzeczy.

Jeżeli chodzi o książki, to tak naprawdę mam bardzo mało czasu na ich czytanie, chociaż kocham to robić. Całą moją młodość czytałem tysiące książek rocznie, a dziennie nieraz po książce. W tej chwili po prostu brakuje mi na to czasu. Nie czytam książek biznesowych <śmiech>. Nie czytam, nie szukam mądrości w książkach biznesowych, bo wolę rozmawiać z praktykami niż słuchać teoretyków.

Ale z książek, które wywarły wpływ na moje życie z Bogiem i na pewne decyzje, które podejmowałem (chociażby założenie kościoła), to na pewno polecam książkę „Przeprawa” pastora Paula Scanlona. Człowiek, który zrobił wielką rewolucję w swoim kościele i przeprawił go z miejsca, gdzie był to skostniały i bardzo tradycyjny kościół do miejsca, gdzie stał się on kościołem relewantnym, odpowiadającym na potrzeby ludzi, którzy są dookoła. Przede wszystkim przetransformował go z kościoła skupionego na sobie, z zamkniętej społeczności w otwarty, skupiony na ludziach, którzy są dookoła. Bo to jest celem kościoła. Nie skupianie się na sobie, ale skupianie się na ludziach, którzy są poza kościołem, ale życie dla ludzi, którzy jeszcze Jezusa nie poznali. Więc na pewno polecam tą książkę.

Ja bardzo lubię książki historyczne, więc jeśli czytam, to książki związane z historią Izraela, z historiami biblijnymi. Czytam dużo różnych komentarzy, co jest mi potrzebne i niezbędne do właściwego rozwoju jako pastora i kaznodziei. Lubię to. Sprawia mi to dużą przyjemność.

Fajną pozycją, którą myślę, że powinny przeczytać osoby, które są na pozycjach pastorskich i liderskich, ale również po prostu członkowie kościoła, jest „Błogosławiony kościół” pastora Roberta Morrisa. Dla osób, które się interesują tematami Ducha Świętego polecam bardzo fajną książkę „On wciąż mówi” Wayne’a Drayne i Toma Lane - na temat proroctwa, na temat usługiwania, na temat tego jak powinni prorocy usługiwać i jakie jest ich miejsce w lokalnej społeczności i kościele.

Jedną z książek, które podnoszą mnie na duchu w prowadzeniu biznesu jest biografia Walta Disneya, człowieka, który przez kilkadziesiąt lat swojego życia prowadził KILKADZIESIĄT różnych biznesów, które zazwyczaj upadały. Dopiero u schyłku swojego życia wypalił mu ostatni biznes. Historia dosyć smutnego człowieka, który ciągle walczył z przeciwnościami i w końcu osiągnął swój biznesowy cel. Fajna, konkretna historia.

J: Już na koniec, podsumowując, chciałem spytać jakie jest Twoje największe marzenie?

Sz: Hmm… no to jest dosyć trudne pytanie. Największym pragnienie to, aby zwycięsko dojść do celu swojej wędrówki wiary i wspólnie z najbliższymi, z rodziną być uczestnikami największej imprezy we Wszechświecie!

Takie marzenia codzienne? Jestem człowiekiem bardzo spełnionym i Bóg pozwala mi na bieżąco realizować moje marzenia. Mam kochającą żonę, mam wokół siebie przyjaciół, ludzi którym ufam, moje biznesy się rozwijają.

Ale ciagle wierzę i marzę o tym  aby w Polsce powstawały setki, jak nie tysiące Kościołów. Zdrowych, relewantnych, pełnych Mocy Ducha,  odpowiadających na potrzeby i mówiących współczesnym językiem, docierających do ludzi dookoła nas kościołów. Masę zdrowych kościołów. Moim największym marzeniem jest to, aby na każdym rogu ulicy, w każdej dzielnicy był taki kościół. Aby każda dzielnica miała swój własny Kościół DOM.  Myślę, że nie jest to odległe marzenie i jeżeli będziemy bardzo pragnąć i poświęcimy swoje bezpieczeństwo, wyjdziemy ze strefy komfortu… To dlaczego nie?

4

Fot. Dagmara Szturc

W Australii jest 1200 kościołów w samym ruchu zielonoświątkowym, a kilkadziesiąt lat temu zaczynali dokładnie z tej samej pozycji co my - kilkudziesięciu kościołów. Wszystko co najlepsze jest przed nami. Moim marzeniem jest to, aby żyć w tych czasach, kiedy tych kościołów będą tysiące, a młodzi ludzie będą przeżywali społeczność z Bogiem i będziemy widzieć w kościołach rzeczy ponadnaturalne. Moim marzeniem jest widzieć to, jak w kościołach ludzie wzrastają, jak są przemieniani. Doświadczają darów Ducha Świętego, są uzdrawiani, wskrzeszani, podnoszeni z wszystkich upadków, chorób i nałogów. To jest moje prawdziwe marzenie - zobaczyć kościół pełny mocy i darów Ducha Świętego, który żyje pełnią życia i nie jest stłamszony, schowany, zawstydzony,  ale jest w mainstreamie głosząc Dobrą Nowinę o Jezusie! Chciałbym, aby zdrowy kościół Jezusa Chrystusa był w mainstreamie.  

Jeżeli ta rozmowa była dla Ciebie wartościowa, wpłynęła na Ciebie w pozytywny sposób lub jeśli z czymś się nie zgadzasz - napisz o tym w komentarzu. Możesz również podzielić się nią ze znajomymi, przesyłając im linka do niej lub udostępniając ją na portalach społecznościowych. 

———

Jeżeli chciałbyś wesprzeć Kościół Dom w budowie nowego miejsca, poniżej zostawiam dane do przelewu. 

Kościół Zielonoświątkowy DOM

ul. Kulczyńskiego 14, 02-777 Warszawa

Bank Zachodni WBK

Nr: 86 1090 1043 0000 0001 2286 1346